Cześć!

Dziś trzy minirecenzje filmów, które należą do moich ulubionych. Powodów lubienia jest mnóstwo, ale głównymi są chyba prostota i normalność, które wyróżniają te produkcje. No i Jake Johnson  :). Bardzo cenię sobie w kinie niezależnym (a wszystkie te filmy można chyba do niego zaliczyć) ten oddech zwyczajności. Fajnie jest, gdy scenariusz odchodzi od nieprawdopodobnych zdarzeń, apokalipsy zombie czy wirusa mutującego ludzi w wielkie wiewiórki, a zbliża nas do codziennego życia, małych potknięć czy jeszcze mniejszych sukcesów. Dobrze też, jeśli aktorzy i ich postacie (a często i to i to, bo lubię, kiedy granica między graniem, a byciem sobą delikatnie się zaciera) nie są zawsze perfekcyjni i nie budzą się rano od razu w pełnym makijażu. Sposobem, który można wykorzystać, aby uzyskać naturalne sceny jest często improwizacja.

Sposób ten często wykorzystuje amerykański reżyser niezależny Joe Swanberg, który jest odpowiedzialny za moje ulubione filmy „Drinking buddies” czy „Digging for fire”. Myślę, że improwizacja na planie filmowym daje dużo frajdy całej ekipie, dodaje luzu i jest kluczem do sukcesu kina niezależnego.

Przejdźmy do samych filmów. Na piewszy ogień „Kumple od kufla” (Drinking buddies).

Jest to słodko – gorzka historia młodych ludzi, którzy pracują wspólnie w niewielkim browarze. Są świetnymi kumplami, a życie upływa im na warzeniu i konsumowaniu piwa. Główni bohaterowie, Kate i Luke, świetnie się dogadują, są najlepszymi przyjaciółmi. Czuć między nimi fajną chemię na ekranie i tu zasługa genialnie wyluzowanych (dzięki piciu piwa na planie), Olivii Wilde i Jake’a Johnsona. Kate ma chłopaka, Luke dziewczynę. Niby wszystko w ich związkach wydaje się być w porządku, ale gdy dochodzi do wspólnego wypadu nad morze, sprawy się komplikują. Dużo piwa, wzajemne zauroczenia, co może pójść nie tak? Okazuje się że wszystko. Łącznie ze stratą tytułowych kumpli od kufla.

Film jest pięknie prosty, aktorzy cudownie naturalni. Wszystko to osadzono w bardzo fajnej muzyce (polecam ścieżkę dźwiękową z tego filmu). Jeśli też marzycie o własnym mini-browarze i macie przyjaciół, którzy cenią dobre piwo (i chcecie zobaczyć, jak nie spieprzyć takiej przyjaźni) to ten film jest dla Was!

Kolejne dzieło Joe Swanberga (tym razem w spółce z Jake’em Johnsonem) to „Nie igraj z ogniem” (Digging for fire). Pełna improwizowanych scen opowieść o małżeństwie z dłuższym stażem (i dzieckiem), które potrzebuje rozpalić na nowo ogień w swoim związku. Weekendowy wypad do domu znajomych, gorące długie wieczory i tajemnicze znalezisko są świetną bazą filmu. Żona o imieniu Lee (ciepła Rosemarie DeWitt) ma już dość bycia tylko i wyłącznie matką. Codziennie zadaje sobie pytanie, kiedy ostatnio zrobiła coś dla siebie ? Kiedy włoży ulubioną skórzaną kurtkę i odzyska swoje dawne życie? Mąż Tim (Jake Johnson) włóczy się po domu w dresie, za wszelką cenę unika papierkowej roboty związane z rachunkami, i chyba nie do końca dociera do niego że został mężem i ojcem. Oboje potrzebują czegoś nowego, więc decydują się spędzić ten weekend osobno. Tim i jego kumple będą pić, dobrze się bawić i przekopywać ogród w poszukiwaniu ukrytych dowodów zbrodni z przeszłości. Lee uwolni się wreszcie od dziecka i odda poszukiwaniom samej siebie. Oboje trochę się pogubią w tym czasie spędzonym osobno. Na chwilę stracą się z oczu, a to co znajdą niekoniecznie okaże się tym, czego szukali.

Film jest banalnie prosty, w dobrym tego słowa znaczeniu. Gra aktorska jest naturalna niewymuszona, pełno tu improwizowanych scen i dialogów. Głównym postaciom towarzyszą jeszcze inni aktorzy, między innymi Anna Kendrick, Sam Rockwell czy Orlando Bloom. Wszystko spaja się w naprawdę pouczającą historię, w której aż chce się kibicować Lee i Timowi. Jeśli więc znacie jakieś małżeństwo, które jest o krok od zrobienia jakiejś głupoty podczas szalonego weekendu, ten film jest dla nich!

Trzecia historia odbiega nieco klimatem od poprzednich, inny jest też reżyser (Jenee LaMarque). Mowa o filmie „Ślicznotka” (Pretty One). Film opowiada o siostrach bliźniaczkach Audrey i Laurel ( w obu rolach energiczna Zoe Kazan ). Laurel to cicha myszka, artystka, nieco wycofana dziewczyna wciąż mieszkająca z ojcem. Audrey jest nowoczesna, przebojowa, robi karierę w wielkim mieście. Poza podobieństwem mają ze sobą niewiele wspólnego. W dniu urodzin sióstr dochodzi do tragedii. Audrey ginie w wypadku, a Laurel przejmuje jej tożsamość. Idzie na własny pogrzeb, pozwala ojcu na żałobę po ukochanej córce, po czym zaczyna nieśmiało życie swojej lepszej, ładniejszej, zdolniejszej siostry. Życie, którego dotąd się bała. Gdy wraca do mieszkania Audrey, okazuje się że ta dzieli dom-bliźniak z całkiem sympatycznym sąsiadem o imieniu Basel (w tej roli brodaty Jake Johnson). Basel jest ciepły, kocha książki i wypożycza je okolicznym dzieciakom. W pracy Audrey (a tak naprawę Laurel) uczy się wszystkiego od nowa, zasłaniając się amnezją pourazową. Jednak ludzie z jej otoczenia wyczuwają, że coś jest z nią nie tak. Po drodze Audrey i Basel zakochują się w sobie. Sielankowe nielegalne pływanie w basenie sąsiadów, czy czytanie książek w letnie popołudnia kończy się jednak, gdy Basel wyznaje miłość Audrey. Laurel czuje, że nie może już dłużej udawać swojej zmarłej siostry. Miłość, którą znalazła ma przecież być jej własna. Historia kończy się dobrze, jest pełna ciepła, słońca i humoru. Zoe Kazan i Jake Johnson w rolach głównych fajnie do siebie pasują. Postacie towarzyszące, takie jak ojciec bliźniaczek (John Carroll Lynch), czy żonaty chłopak Audrey (Ron Livingstone) dobrze spajają całą fabułę. Film jest wartościowy, więc jeśli znacie kogoś, kto nie wierzy w siebie i często udaje, zamiast być sobą, to jest to film właśnie dla niego!

No comments

Be the first to write a comment.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *