Dalsza część naszych szwedzkich przygód. Po niecałych dwóch dniach spędzonych na intensywnym zwiedzaniu Sztokholmu udaliśmy się na daleką północ – do Laponii. Podróż pociągiem trwała około 19 godzin, ale przebiegała głównie w nocy, więc jakoś daliśmy radę. Trochę snu, grania w karty i oglądania filmów i około godziny 13 dotarliśmy do Abisko. Abisko to bardzo niewielkie miasteczko, które leży na dalekiej północy Szwecji i jest dość popularnym miejscem do obserwacji zorzy polarnej. Po zakupieniu map i zważeniu plecaków ( 18 i 26 kg ! ) wyruszyliśmy na szlak pełni entuzjazmu. Przed nami nieco ponad 15 kilometrów marszu przez niskie lasy.

6

To nasza pierwsza długa wędrówka tego typu. Do tej pory preferowaliśmy podróżowanie rowerami. Kondycja pierwszego dnia pozostawiała wiele do życzenia, buty jeszcze nie dopasowały się do stóp, a plecaki okazały się koszmarnie ciężkie i wypełnione niepotrzebnymi gratami.

8

Wreszcie zza drzew ukazała się nam pierwsza chatka – Abiskojaure. Miejsca odpoczynku dla strudzonych turystów składały się zazwyczaj z jednej bądź kilku chat, w których wykupić można było miejsca na łóżkach piętrowych, domku z sauną ( dodam, że nigdzie nie ma bieżącej wody – jest za to mnóstwo wiader i rzeka ), chałupki z kuchnią ( podgrzać wodę i jedzenie można było na gazie, kuchnie były ciepłe, czyste i przytulne, a uroku po zmroku dodawały im palące się w oknach świece, gdyż o prądzie w tym miejscu można jedynie pomarzyć ) i kibelków z cudnymi styropianowymi deskami, aby turystom zimą nie przymarzały tyłki podczas korzystania z nich.

1

W tym miejscu zrobiliśmy sobie mały dzień przerwy na zwyczajne byczenie się. Piękne krajobrazy, plaża parę metrów za namiotem. Żyć nie umierać. Żeby jednak całkiem nie skapcanieć, drugiego dnia wybraliśmy się na kilku godzinną wycieczkę po okolicy.

kol3

Urocza flora Laponii. Szczególnie uwiodły nas piękne włochato-mechate źdźbła tak zwanej arktycznej bawełny.

kol4

Następnego dnia rano wyruszyliśmy z Abiskojaure do kolejnej chatki. Przed nami 24 km do pokonania. Pogoda w kratkę. Trochę mżawki, lodowate podmuchy wiatru lub ostre słońce. Do przejścia różnorakie tereny : wiszące nad dzikim nurtem rzek chwiejne mostki, wdrapywanie się pod strome górki czy kluczenie wśród głazów wyglądających jak trollowe taborety. Wszystko to rekompensowały jednak cud widoki.

12

Mając przed sobą takie krajobrazy polecam założyć słuchawki i włączyć na full ulubiony kawałek. Nogi same idą. A i uszy całe, bo chronione przed lodowatym wiatrem.

9

Na szlaku turystów było niewielu. Pod koniec dnia w kuchniach chatek spotykaliśmy tych samych ludzi, pichcących z nami kolacje i zagadujących na temat zdrowia czy pogody. Gorzej, jeśli spotykaliśmy ich nagich w saunach 🙂

14

To piękne jezioro można było oszukańczo przepłynąć łodzią, co zbawiało nogi od dodatkowych 7 km. Zbawiało też portfel i to dość zdecydowanie. Wybraliśmy więc wersję hard i przeszliśmy dzielnie całą trasę, choć na jej końcu ledwo powłóczyliśmy nogami. Dla podróżnych już grzejących się w chatkach musieliśmy z daleka wyglądać jak zombie.

13

Szlak wokół jeziora miejscami bywał bagienny i zdradliwy.

11

17

Wreszcie wypompowani dotarliśmy do chatki numer dwa. Po drodze mój towarzysz rozchorował się paskudnie, więc zamiast rozbijać namiot ulokowaliśmy się na jednym z piętrowych łóżek w domku gdzie grzaliśmy się niezliczoną ilością herbaty i gorących kubków. I gripexu. Na zdjęciu kibelki 🙂

16

Sauna. Moje ulubione miejsce po każdym dniu wędrówki. Z początku starałam się z niej korzystać gdy była już pusta, potem jednak jakiekolwiek skrępowanie minęło, i wraz z zastępami spragnionych ciepłej wody kobiet gawędziłam o wszystkim i o niczym, dokonując codziennych ablucji i wygrzewając zmarznięty tyłek w pachnącej drewnem iglastym saunie.

15

Kolejny dzień, kolejny wymarsz. Tym razem tylko 13 km, powinno pójść gładko. Jakże mylne to przypuszczenie, gdy ma się u swego boku chorego mężczyznę 🙂20

Lokalna flora. Mnóstwo jagódek, mchów, porostów. Co jakiś czas spod głazów lub deskowych pomostów, których było dużo na szlaku, wybiegały pstrokate lemingi.

18

kol2

 Po długim marszu w klasycznym już wietrze i zimnie, dotarliśmy do kolejnej przystani zwanej Tjäktja. W tym miejscu znajdowała się tylko jedna chatka dla turystów, kibelki i domek “chatkowej”, która pobierała opłaty za nocleg i dogląda czy z wędrowcami wszystko dobrze. Z każdą godziną ludzi przybywało. My na szczęście dotarliśmy tu jako jedni z pierwszych, więc jeszcze załapaliśmy się na łóżka piętrowe. Reszta spała na materacach, a gdy i te się skończyły zostawała im podłoga w kuchni i karimaty. Mężczyzna wciąż chory, ale dzielnie szedł.

24

Kolejny dzień i 12 km. Toż to jak spacer do sklepu po bułki 🙂 Z każdym dniem szło nam się lepiej. Jedzenia w plecakach ubywało, czyniąc je lekkimi jak piórko, a dolina, którą biegła trasa osłaniała nas od lodowatego wiatru czyniąc wędrówkę mile słoneczną.

25

27

28

Krótka przerwa na odpoczynek nad jeziorem, nad którym unosiły się nieznośnie głośne ptaki.

26

W pobliżu kolejnych chatek pasły się stada reniferów. Nie były zbyt płochliwe, ale wolały trzymać delikatny dystans.

32

Następny przystanek – Sälka. Sauna koło rzeki, aby nie biegać zbyt daleko po wodę z gołym tyłkiem :). Wieczorami w kuchni panowała miła atmosfera, a picie kawy z widokiem na pasące się za oknem renifery było dobrą rekompensatą trudu wędrówki.

30

29

34

Takie oto urocze mosty trzeba było pokonywać prawie codziennie. Rwąca, lodowata rzeka w dole i trzeszcząca konstrukcja mostu znacznie przyspieszały jego przejście. Niektóre z nich miały nawet tabliczki, sugerujące aby przeprawiać się przez mostek pojedynczo.

33

Ostatni dzień wędrówki. Krajobrazy odrobinę w klimacie Mordoru, praktycznie cały dzień w cieniu jednej góry, wśród głazów i osuwisk. Dopiero po wyjściu z doliny można było złapać jakikolwiek zasięg i dać znać bliskim że jeszcze żyjemy. Wieczorową porą dotarliśmy do Kebnekaise fjällstation – stacji górskiej, skąd turyści udają się pieszo, bądź helikopterami na najwyższy szczyt Szwecji – Kebnekaise. Tu doświadczyliśmy wszystkich luksusów cywilizacji, takich jak prąd, bieżąca woda czy coca-cola.

37

Promienie zachodzącego słońca na zboczach gór. Nasz ostatni zachód na szlaku :(.

36

Ostatni dzień wędrówki. 19 km do przejścia, które okazują się być trochę oszukane. Po drodze wyprzedzają nas emeryci, co jest całkowicie normalne. Wreszcie dotarliśmy do Nikkaluokty, niewielkiej miejscowości, z której można skrócić sobie 5-6 godzin marszu pod górę Kebnekaise, do 6 minutowego lotu helikopterem, co większość turystów czyniła, uprzyjemniając nam wędrówkę śmigającymi nad głowami maszynami. Tu czekaliśmy parę godzin na autobus, który zabrał nas do Kiruny, gdzie z kolei ja się rozchorowałam.

35

Ostatni pożegnalny rzut oka na szlak.

1 Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *